|

WIERSZE KATARZYNY PERKOWSKIEJ /kl. IIA
LO/
- Laureatki
I nagrody
w Ogólnopolskim Konkursie "Juwenilia poetyckie"
***
Poeta i dziecko
Co ma zrobić poeta
gdy szalik rozwiewa mu wiatr?
zatrzymuje się i widzi
dziecko
otwartą buzię
i zadarty nosek
poeta przystaje
bo wie że dziecko ma dość
kiwających mądrych głów
nieskrytych pomrukiwań
czystych szkieł okularów
wyprostowanego dozorcę bloku
przy ulicy której nazwy nie pamięta
i poeta wie
że stoi obok dziecka
wie
że zawsze tam stał
i słyszy choć udaje
że to tylko klaksony
starych samochodów
nieśmiałe pytanie żywych źrenic:
,,Jak tu pięknie prawda?"
poeta uśmiech się
i zrywa szalik
***
Wesołe są cmentarze zimą
Wesołe są cmentarze zimą
żywe płomyki świec
jak dusze
nie chcą wydostać się na iskrzący mróz
wolą pozostać
w cieniu kolorowych szkieł
spod warstwy śniegu
znów wystrzeli zieleń
i zastąpi sztuczne badyle
mocno przytwierdzine do płyt
nawet ksiądz proboszcz
z okien plebanii
podgląda świat
i znowu przyjdzie wiosna myśli
popijając niesłodzoną herbatę
***
Siedzimy obok siebie w kinie
za nami puste rzędy
przed nami czarno-białe życie
a nam wydaje się
że już to widzieliśmy
uściski dłoni
spojrzenia przekazywane z oczu do oczu
w drugim rzędzie starszy pan
o mlecznych włosach
wychodzi bezszelestnie
niezauważony
gwizd lokomotywy
zatrzymującej się na stacji
odwraca naszą uwagę od jedzenia
suszonych winogron
(nie ma już prażonej kukurydzy
mówią nam bezradnie rozłożone ręce)
zasypiamy w połowie
kołysani śmiechem
od dawna mieszkającym w kątach
***
Co się stanie gdy jutro rano
inne ręce będą kroić chleb?
Z uśmiechem znad kubka mocnej kawy
będzie rozdzielać pajdy grubo posmarowane masłem
Wszystkie okruszki znajdą swoich właścicieli
nawet kapryśne łyżeczki skryją się w dłoniach
Tylko na białym obrusie
pozostanie cień talerza w poziomki
***
biegnę boso przed siebie
przeskakując błotne wyspy
czuję sypki piasek między palcami
oglądam się za Ciszą
moim wiernym towarzyszem
i gestem zapraszam
aby podszedł bliżej
wyciągamy wysoko ręce
łapiąc mewy za skrzydła
szkicujemy patykiem
swoje imiona
pozostawiając je falom
z uśmiechem zlizujemy sól z warg
***
Synku
pośród trapezów dywanu
dajesz wolność wszystkim
ołowianym żołnierzom
miedziane czołgi przekraczają granice
twoje szmaciane lalki
gubią włosy na polu walk
fartuszkami próbują
zakryć brak łez
z nadzieją zadzierają głowy do góry
wypatrując na niebie żelaznych ptaków
Synku
nieodznaczony generale
po kolejnej przegranej bitwie
już wiesz że nie jest łatwo
zburzyć mur z klocków
***
siadam pod topolami
jedna ręką dotykam
wilgotnej ziemi
tylko tutaj pachnie ona
w tak szczególny sposób
zapachem dzieciństwa
koncert liści szeleszczących pod stopami
okradziony krzak jagód
z niewinnym uśmiechem mlecznych zębów
ciepło nawoływań matki z ogrodu
walki na śmierc i życie drewnianymi mieczami
pierwsze zgubione pantofle
i przemoknięte czerwone kapturki
rozwiane skrawki papieru z różowych zeszytów
spuźnieni rycerze w ryczących samochodach
uśmiecham się
ugniatając z ziemi
lepkie babki
i jak kiedyś wystawiam piegi
na zaproszenie słońca
***
w zielonym dniu mojego miasta
wychodzę z pokoi
pozostawiając pustkę korytarzy
za sobą
zgubione klucze w kieszeniach płaszczy
pozwalają na uchylenie drzwi
i tylko echo dla pamięci
powtarza oddalające się kroki
oto staję w furtce wielkiej ciszy
jaką przeznacza dziś moje miasto
kolorowe światła
puszczają do mnie oko
wystawy sklepów jak moi wierni kochankowie
pozostawiają dzis spokój białym myślom
w zielonym dniu mojego miasta
pozwalam sobie błądzić
po znanych uliczkach bulwarach i parkach
tylko wybranych przechodniów pytam o drogę
dla żartu zasłaniając rękami oczy
***
witaj
nie stój w progu
i nie patrz tak lękliwie
pomogę ci zdjąć szalik
twoje nakrycie zostawię
na wspólnym wieszaku
chcę żebyś poczuł ciepło podłogi
pod stopami a wtedy
zaróżowione od mrozu policzki
przybiorą barwę zdrowej skóry
wejdź
zaraz zaparzę rumianku
a potem
nie później
będziemy śmiać się rozrzucając
wokół siebie czarno-białe zdjęcia
wtulimy się w ciągle miekki koc
z przedwojennej komody babuni
zostań
dopóki zegar z kukułką
nie wybije godziny snu
wtedy przykładając palec do ust
złamiesz ciszę
ulatniając sie cichutko
przez uchylone okno
***
obejmujesz
szorstką korę drzewa
przyciskasz mocno policzek
aby poczuć żywicę
dziarsko zadzierasz głowę do góry
chowając nos w liściach
chyba jeszcze nie wiesz
że to nie te drzewo
i nic nie da potrząsane gałęziami
***
obowiązek słowa to brzmieć
obijać się o uszy
pozostawiając ślad
na spękanych wargach
***
myśl spala się w mgnieniu oka
tak krótko
niezapisana
drapie wypielęgnowanymi paznokciami
|