|
Szczęście budowania własnej tożsamości
/Jerzy Binkowski/
Szczęście
Jakże to piękne słowo. Szczęście. Jest ono kluczem otwierającym marzenia.
Szczęśliwymi są te osoby, które już doświadczyły, iż marzenia mają to do siebie,
że się spełniają. Wystarczy zaufać! Komu? Prawdopodobnie najważniejsze jest
zaufać sobie! Każda osoba, każdy z nas otrzymał w darze bardzo osobisty,
indywidualny w proporcjach zestaw:
1. potrzebę wolności wyboru,
2. potrzebę wykorzystania własnych zasobów wyobraźni,
3. potrzebę rozwijania człowieczeństwa poprzez coraz głębszą samoświadomość,
4. potrzebę działań respektujących swoje sumienie.
Wspaniałe te dary wyodrębniają człowieka w znanym nam świecie. Jesteśmy
najbogatszymi istotami na ziemi.
To wyobraźnia i sumienie podpowiadają mi, że dobrze jest uszanować drugą osobę.
Skąd o tym wiem? Mówi mi o tym moje doświadczenie, gdy spotykam osoby, które
przesyłają mi znaki szacunku (np. słuchają mnie, patrząc mi w oczy, wyrażają
zainteresowanie tym, co aktualnie odczuwam, wykazują troskę o mnie). Moje
wzruszenie i radość inspirują mnie do gestów równoczesnej odpowiedzi tym samym.
Jestem w stanie przypomnieć sobie osoby i ich zachowanie wtedy, gdy odczuwałem,
że mnie szanują, tym samym udzieliły mi wskazówki, co ja mogę robić, aby osoby
uczestniczące w moim życiu, czuły się przeze mnie szanowane.
Dobrze jest okazywać zainteresowanie i życzliwość. Kiedy ciepło patrzę
człowiekowi w oczy i uśmiecham się, to najczęściej odkrywam piękno tej osoby i
jego zaskoczenie, jakby chciał powiedzieć” „Patrzysz na mnie, bo wierzysz we
mnie, bo pokładasz we mnie nadzieje, że jestem dobrym człowiekiem”.
Współpraca z różnymi oraz odmiennymi osobami, wzbogacona naszym entuzjazmem i
energią, może stać się źródłem pomysłów i niespodzianek. Byłem na Saharze; byłem
w Andach – w Cuence i w Quito, kapałem się w Oceanie Spokojnym; płynąłem rzeką
Potomac pod Waszyngtonem; przejechałem wzdłuż i wszerz Irlandię; szkoliłem się
pod Manchesterem w Anglii; widziałem rzeźby Vigelanda w Oslo i zamek Hamleta w
Helsingorgu; Wersal; Wenecja; Pompea; Cyrena; Tobruk, Leptis Magna ... i piękno
ziemi, którą określa się mianem
P O L S K A ....
Lecz nie piękno ziemi i architektury okazywało się najbardziej wzruszające.
Najbardziej poruszają mnie wspomnienia działań, wspierających gestów i rozmów
Moja kula ziemska opleciona jest nie siatką geograficzną lecz „złotą siatkę”
przyjaciół. Teraz, po latach, wyraziście widzę, iż moją prawdziwą potrzebą nie
było podróżowanie i pieniądze. Zwiedzanie świata, które stanowiło ważną część
marzeń dziecięcych, okazało się jedną z możliwości zaspokojenia potrzeby bycia
uszanowanym (np. przez współwędrujących, przez mecenasów-fundatorów, potem przez
słuchających opowiadań i oglądających pamiątki i fotografie). Podróżowanie było
jedną z możliwości zaspokojenia potrzeby bliskości i ufności ludziom i sobie
samemu!
Cud szczęśliwego życia jest w nas, gdy pozwalamy się ogarnąć dobrą energią
dawania i brania. Bez słowa powinienem i muszę. Chcę. Wtedy zmienia się cały
świat. Zmieniam się sam. Zmieniają się ludzie wokół mnie. Uszczęśliwiająca
wymiana różnorodnych talentów niech trwa!
Przytoczę teraz przypowieść zasłyszaną od prowadzącej w Białymstoku szkolenie
POROZUMIENIE BEZ PRZEMOCY – Pani Profesor Nady Ignatowicz Savic z Belgradu –
Serbia i Czarnogóra:
„Dawno, dawno temu pewien człowiek podróżował po świecie. Na swojej drodze
spotkał dziwny kraj. Król tego kraju zaprosił go na ucztę. Gdy człowiek ten
wszedł do Pałacu Króla, zobaczył tam długie stoły zastawione różnorodnym oraz
smakowitym jadłem i piciem. Jednak ludzie siedzący wokół tych stołów byli
posępni, jęczeli i wyglądali na nieszczęśliwych. Podróżny z zadziwieniem i
zaciekawieniem rozejrzał się wokół. Zauważył, że ludzie w tym królestwie nie
mogli zginać swoich rąk w łokciach. Dlatego nie mogli donieść jedzenia i picia
do ust. Cierpieli z głodu patrząc na obfitość znajdującego się na stołach
pachnącego pożywienia, którego nie mogli zjeść. Mężczyzna patrzył na to jak
osłupiały. Podziękował Królowi i wybiegł z Pałacu, nie oglądając się za siebie.
Potem kontynuował swoje podróże i zajechał do innego kraju. Tam też został
zaproszony na ucztę przez Króla tego królestwa. Zaciekawiony wszedł do Pałacu i
stanął zaskoczony. Zobaczył tam dokładnie taką samą scenę: stoły z obfitością
pysznego jedzenia i picia oraz ludzi siedzących wokół. Podobnie jak w poprzednim
królestwie, ludzie nie mogli zginać rąk w łokciach. Ale wyglądali na
zadowolonych. Szczęśliwych. Wówczas mężczyzna zauważył, że osoby siedzące przy
stole podawały sobie wzajemnie pożywienie – jeden drugiemu.”
BUDOWANIE WIĘZI
„Więzi tworzy się z każdą minutą poprzez to,
co się w danej chwili robi”
Człowiek bywa istotą promienną: może być ciepły, może rozświetlać rzeczywistość
wokół siebie i może tryskać dobrą energią. Uważnie żyjąca osoba doświadcza
radości ze współpracy z drugim człowiekiem. Poszukuje kontaktu wiedząc, że w
odmienności i różnorodności tkwi bogactwo życia. Tworzenie poczucia
bezpieczeństwa, ufności, wzajemnej serdeczności i szacunku, radości - wydaje się
być fundamentem pracy dobrego nauczyciela. Niepokój przeszkadza w skupieniu
uwagi a więc w zrozumieniu i zapamiętaniu tego, czego szkoła próbuje nauczać.
Sfera uczuciowa odgrywa bezsprzecznie podstawową rolę w rozwoju intelektu i w
nabywaniu przez nie umiejętności uczenia się, aby stawać się coraz mądrzejszym.
Nauka szkolna, żeby mogła przebiegać pomyślnie, potrzebuje atmosfery
przywiązania i zaufania. Dlatego więź z drugim człowiekiem jest zachętą do tego,
aby każde dziecko rozwijało własne możliwości i urzeczywistniało je, pomimo
różnych przeszkód.
Każdy dorosły, który stał się osobą znaczącą dla dziecka i zobowiązał się do
towarzyszenia uczniowi w codziennych doświadczeniach, może temu dziecku,
uczniowi, ułatwić realizację oczekiwań ze strony otoczenia.
Z takiej relacji dziecko wynosi przekonanie, że jest osobą wartościową a to z
kolei stanowi ważny bodziec dla jego dobrego przystosowania do życia w
społeczności.
To uczucia, których cechą jest nadzieja, sprawiają, że dziecko staje się dumne z
siebie i chętne do dalszych wysiłków oraz do przekraczania własnych możliwości.
Szczególny gość VI Białostockiego Forum Szkół – Bogdan Białek, redaktor naczelny
„Psychologii w szkole” oraz „Charakterów” zaproponował, aby raczej mówić o
bliskości niż więzi. Ta druga cecha jakby nieco ograniczała dynamikę relacji
poprzez skojarzenie ze „związaniem”. Natomiast głęboko ludzką cechą nauczania
mogłaby się stać bliskość. Refleksja o najbardziej sprzyjającej twórczemu
rozwojowi ucznia i nauczyciela „odległości” między osobami, jest działaniem
naprawdę potrzebnym w przestrzeni nowoczesnej edukacji.
Wyodrębnijmy ucznia – mówił wykładowca podczas spotkania z nauczycielami w auli
X Liceum Ogólnokształcącego (Zespół Szkół Ponadgimnazjalnych nr 1). Aby
rozpoznać osobę wśród masy zmieniających się na kolejnych lekcjach w klasach
uczniów, nie trzeba mieć wielu informacji. Najbardziej potrzebne jest wewnętrzne
skupienie nauczyciela, które pozwala mu tworzyć relację bliskości . Uważność
nauczyciela umożliwia obu osobom przeżycia radości z faktu bycia spostrzeganym
jako indywidualność. „Jesteś dla mnie Kimś Ważnym”.
Bogdan Białek na początku warsztatów dla rodziców, które odbyły się w XI L.O.
pod kierunkiem grupy nauczycieli „wychowania do życia w rodzinie”, opowiedział
dramatyczną historię zapracowanego ojca-psychologa, który wracając po
„szkoleniowych” wojażach do domu, usłyszał od swego synka: „Tatusiu, nie dotykaj
mnie takimi drewnianymi rękoma!”
Wzruszenie i energia na twarzach rodziców wychodzących wieczorem po
zajęciach-warsztatach na temat budowania bliskości i więzi stanowiły piękny
dowód sensowności wykonanej pracy psychoedukacyjnej podczas VI Białostockiego
Forum Szkół.
CO NIECO O PRZYJAŹNI
Ja i moja marynarka żyjemy w doskonałej zgodzie. Ona dopasowała się do
wszystkich moich kantów, załamań i wybrzuszeń. Nie ciśnie mnie. Tuszuje moje
wady i „liczy się” z każdym nowym ruchem. Czuję, że jest, ponieważ mnie
rozgrzewa, kiedy robi się chłodniej. „Dobrze dopasowana”, „Bardzo ładnie leży” ,
„Pasuje do ciebie” – mówią znajomi. Stara marynarka bardzo przypomina wiernego
przyjaciela. Mark Twain mówi, że najważniejszym zadaniem przyjaciela jest być
przy tobie, kiedy się mylisz, bo kiedy masz rację, są przy tobie prawie wszyscy.
*
Młodzi ludzie znacznie częściej się mylą, niż mają rację. Brakuje im
doświadczenia, ale inteligencją i świeżością oraz chłonnością umysłu
siedemnastolatkowie dorównują już swoim rodzicom i nauczycielom. Potrafią
porównywać (odnajdują analogie), myślą abstrakcyjnie, stworzą piękną i
dramatyczną metaforę. Jednak intuicja i mądrość życiowa zawsze związana jest z
różnorodnością doświadczeń. I właśnie w tym fakcie spostrzegam znaczenie pracy
wychowawczej: młodszych otoczyć przyjaźnią.
Doświadczać to żyć – poprzez odczuwanie, myślenie, działanie. Doświadczenie
rozgrywa się w czasie. To czas jest zatem podstawowym dobrem oraz bagaż
doświadczeń, które można spożytkować, kiedy chcemy wpływać na jakość naszego
życia i jakość życia naszych przyjaciół.
Kiedy rodzice i dzieci nie mają wspólnych poglądów, przeżyć, uczuć, wspólnych
zajęć, wspomnień i marzeń, wtedy jedynym powodem ich wzajemnych relacji staje
się sfera materialna, przedmiotowa. Taka rodzina istnieć będzie jako jedność
tylko na najprymitywniejszym poziomie – pisze w książce Urok codzienności M.
Csikszentmihalyi. Zdumiewające, że wielu ludzi po prostu nie chce tego zauważyć.
Do najpowszechniejszych chyba należy pogląd, że rodzina z powodzeniem da sobie
radę, jeśli jej potrzeby materialne będą zaspokojone.
Wówczas rodzina stanie się pełnym harmonii, ciepłym, bezpiecznym i niezawodnym
azylem w niebezpiecznym świecie. Tymczasem często spotyka się mężczyzn, którzy
są niepomiernie zdziwieni, kiedy żony sygnalizują im możliwość odejścia, zaś
dzieci wpadły w poważne tarapaty. A przecież oni zawsze kochali rodzinę!
Poświęcali całą swoją energię, aby ją uszczęśliwić! To prawda, że nigdy nie
mieli więcej niż parę minut dziennie na rozmowę, ale przecież nie mogli
postępować inaczej, przy tych wszystkich obowiązkach zarabiania ....
Aby doświadczyć rodzicielskiej radości i wychowawczej przydatności, należy
zainwestować uwagę i dowiedzieć się, z czego dziecko jest dumne i czym się
pasjonuje; następnie trzeba poświęcić jeszcze więcej uwagi, żeby dzielić z nim
te zainteresowania. Jedynie wtedy, gdy istnieje harmonia między dążeniami
uczestników jakiegoś działania, kiedy wszyscy wkładają energię duchową we
wspólny cel, wtedy bycie razem staje się prawdziwą przyjemnością.
Chcę współpracować z młodzieżą i uczyć się razem dobrze żyć. Chcę wnieść to, co
rozpoznaję jako bardzo ważne. Wiem, że w życiu istotne jest zachowanie
właściwych proporcji, wstrzymywanie się od przesady a także pewien stopień
otwartości i elastyczności przekonań. Zbytnia koncentracja na negatywnych
stronach własnych przeżyć, czyni człowieka napiętym i rozdrażnionym. Potrafimy
zagotować się ze złości, przejmując się czymś, co niekiedy bardzo szybko okazuje
się drobiazgiem. Poprzez skupienie się na trudnościach i negatywach można
stracić z oczu szerszą perspektywę.
Młodzi dość często działają tak, jak gdyby ich życie było nieustannie zagrożone.
Młodszym wiele spraw, wszystko właściwie, wydaje się kwestią śmiertelnie poważną
i szalenie istotną. A życie przeżywają często jako pasmo kłopotów i trudności.
Chciałbym siebie i swoich podopiecznych, wychowanków uczyć reagowania z większym
dystansem i poczuciem humoru wobec wszystkiego, co przyniesie życie. Praca nad
wyważaniem proporcji, równowagą, bez zaciskania pięści, zaowocuje wewnętrzną
radością.
Nauczyciel poszukujący
„Ewangelia nie polega na tym, by głosić,
że grzeszni powinni stać się dobrymi,
lecz że Bóg jest dobry dla grzeszników.
”
Ks. Michał Sopoćko.
Nie jestem „specjalistą – katechetą”. Jestem natomiast osobą do samej głębi żywo
zainteresowaną Tajemnicą Wiary. Jestem osobą ochrzczoną: w Imię Ojca, Syna,
Ducha Świętego. Żyję w ramionach TAJEMNICY. Biblia oraz moja świadomość ludzkich
poszukiwań przez wieki - różnych form, obrazów, słów, metafor i dźwięków, które
oddałyby intuicję SENSU MIŁOŚCI - fascynuje mnie. Ileż odwagi, wyobraźni, męstwa
i mocy oraz samozaparcia wykazywali w historii ludzie, aby wiązać swoje ziemskie
doświadczenia w całość, która mówi o Bogu Miłości. Jakimi słowami, metaforami,
obrazami, działaniami mówić w XXI wieku o Bogu Wszechświata, Wszechczasów, o
Bogu Miłosiernym?
Wierzę w Ducha Świętego: wierzę w Jego Obecność w każdym człowieku, wierzę więc
w prawo do nauczania każdego, który ogarnięty żarliwością poszukiwań, stawia
pytania, formułuje hipotezy, rzetelnie opisuje antropologiczną rzeczywistość
człowieka oraz bierze osobistą odpowiedzialność za swoje czyny, za swoje wybory.
Religijność zaproponowana przez „urzędowych świadków wiary Kościoła” jest według
mnie rzeczywistością postulatów, marzeń i fałszywych mitów o człowieku (żeby nie
powiedzieć – kłamstw). W standartowych propozycjach katechetycznych nie istnieją
wątpliwości, dylemat moralny, paradoks, zagubienie, poczucie absurdu, rozpacz,
samotność. Istnieje schemat. Nie ma nawet tej cierpliwości, która pozwalałaby
dopytywać o sens życia. Na najbardziej drastyczne pytania, które stawia człowiek
współczesnej cywilizacji jest gotowe zdziwienie: „Jak możesz stawiać tak głupie,
beznadziejne i z gruntu niekatolickie, niechrześcijańskie pytania!? Przecież to
oczywiste! BÓG JEST. BÓG JEST MIŁOŚCIĄ.” Przypuszczam, iż brak umiejętności
rozmawiania o tajemnicy cierpienia duchowego rodzi się z braku osobistej
konfrontacji z tymi dramatycznymi odczuciami.
Teolodzy i katoliccy wychowawcy niekiedy są gotowi zgromić każdego
poszukującego, zagubionego a także nazwać ich „postmodernistami”. Katoliccy
wychowawcy, także katecheci, bywają, według mnie, „nieszczęściem” o tyle, o ile
nie rozumieją znaczenia wolności wyboru dokonanego osobistą decyzją podyktowaną
nie rozumem a olśnieniem, uczuciem, żarem, intuicją, której mocą podporządkowano
rozum. Szaweł u wrót Damaszku nie rozumował. Szaweł oślepł od Olśnienia. Przez
trzy lata „dochodził” do siebie i .... ruszył w świat, opowiadając o Chrystusie,
o Bogu Miłości. W drodze z Damaszku postawił wszystko na jedną kartę, aż do
utraty tchu. Uwierzył, że grzech zbrodni, morderstwa i pychy, ogarnięty zostanie
płomieniem MIŁOSIERDZIA. Nie rozum stanowił istotę metanoi. Rdzeniem przemiany
stało się wstrząsające uczucie ufności i wiary w sens odkrywającej się przed
nami – swojej biografii.
Wygląda na to, że współcześni nauczyciele, także katecheci mają niewiele odwagi
zaufania Bogu, który „zamontował” swój nadajnik w sumieniu osoby. Być może owa
nieufność zrodziła się ze spostrzeżenia, że człowiek „ogłuchł” i „oślepł” w
nawale dramatycznych i różnorodnych sygnałów; nauczyciele nie dowierzają mocy
Ducha Świętego, że ON da sobie radę z dzisiejszą technologią i cywilizacją.
Sceny biblijne uprzytomniają nam, iż droga do ludzkich sumień bywa karkołomna.
Człowiek okazywał się tak w swej chciwości, pazerności i nienasyceniu
ograniczony – spójrz na biografie Abrahama, Izaaka, Jakuba, Mojżesza, Dawida,
Salomona... Dopiero jaskrawe konsekwencje wprowadzały w nich nowy porządek,
czyli „stary” porządek MIŁOŚCI, jako zasady prawdziwie porządkującej życie i
prawdziwie uszczęśliwiającej. A potem znowu brakowało wytrwałości .....
Co robić, aby młodsze pokolenia już nie powtarzały „tańca śmierci”? Jak pomóc
dostrzegać młodszym atrakcyjność „tańca miłości”, współpracy, wzajemnej troski,
solidarności? Hipoteza moja jest następująca: trzeba z nimi zatańczyć. Trzeba
ich najpierw poprosić do tańca. Zaprosimy do tańca dopiero wtedy, gdy sami
będziemy znać ów taniec miłości, współpracy, solidarności. Nasza umiejętność
tańca i kondycja („... do utraty tchu”...) mogą stać się źródłem wspólnych
doświadczeń, których nigdy się nie zapomni.
Niezwykle pomocnym źródłem może się okazać współczesna psychologia w tych
nurtach, które umieszczają człowieka w kategoriach „osoby dobrej”, tzn. osoby,
która przyjmuje współzależność, pomocniczość i współpracę, jako zasadę
organizującą społeczność (a są to pojęcia, których jeszcze innym sensem i
dopełnieniem jest MIŁOŚĆ).
Brzmi to jak bajka, lecz zanim będzie po bajkach (bo doprowadzimy do
kataklizmu), potrzebna jest młodszemu pokoleniu wiara w nich, w ich poczucie
odpowiedzialności wywiedzione z wyobraźni i MIŁOŚCI. Chrystus-Wybawiciel to Ten,
Który Wybawia. Pomagajmy Mu tak, jak nam nasza intuicja i dary, które
otrzymaliśmy na Chrzcie Świętym, podpowiadają. Róbmy MIŁOŚĆ tam, gdzie nas
umieściła Opatrzność. Moja wrażliwość podpowiada mi, aby robić NIC MNIEJ NIŻ
MOGĘ tam, gdzie mnie Bóg postawił. Tańczę zapamiętale, z trudem łapię już oddech
(mam 56 lat) i chcę swój oddech oddać Bogu z wdzięcznością. Mam wiele par oczu,
które w moich oczach dostrzegły mój zachwyt i nadzieje, jakie z ich pięknem
potrafiłem sobie wyobrazić. Znam wiele osób, które powiedziały mi, że ode mnie
usłyszały o swej wyjątkowości i wartości. Słyszę rytm serc młodych ludzi, z
którymi współpracowałem w teatrze, z którymi pływałem czy wędrowałem polskimi,
europejskimi i światowymi szlakami. Ogarnia mnie wzruszenie, kiedy przeżywam
różnorodność MIŁOŚCI, którą mi Bóg objawił, stawiając na mej drodze tak
wielorakie zadania i znaki.
Moi podopieczni, przyjaciele, moja Żona i dzieci znają moje słabości. („Jerzy,
jesteś osobą, która nie ma ukrytych wad”). Bóg zna moje grzechy. I nie przestaję
ufać, że są one moją drogą ku własnej pełni, która będzie PEŁNIĄ.
Nauczyciele robią na mnie niekiedy wrażenie osób, które sugeruję, że wszystko,
co ludzkie jest im obce, ich nie dotyczy. Zachowują się, jak osoby nawiedzone i
nasyconymi prawdą o nadludzkich uprawnieniach w drodze ku Pełni swego życ.
Dotyczy to niekiedy kapłanów. Kiedy mówią o Bogu, przybierają natchnione miny a
głos ich nabiera „duchowych” brzmień, co niekoniecznie tworzy aurę wiarygodnego
świadectwa. Szczególnie wtedy, kiedy zwracają się do młodzieży.
Jak dorosłym pomóc dostrzec atrakcyjność p r o c e s u wzrastania i niezwykle
uszczęśliwiającą perspektywę p r o c e s u nieustannego kształcenia się
w umiejętności odczytywania znaków BOŻEJ MIŁOŚCI i komunikowania się bez
pouczania, moralizowania, nakazywania, bez presji, poniżania czy ironizowania.
Dopóki nie zadrżą nam serca w uniesieniu, że warto życie poświęcić na rzecz
własnego nawrócenia i wyjścia spod Damaszku w stronę takiego świata, jaki jest,
z całym swoim dramatyzmem psychologicznym i socjologicznym, dopóki nie zaczną
ludzie świeccy prosić (dobrowolnie) swoich katechetów i duszpasterzy o
błogosławieństwo i o sakramentalną pomoc, dopóki dorośli nie dostrzegą
konieczności nieustannego „studiowania nieba i ziemi”, aby przytulić świat
(czyli najbliższych) swoją jednostkową miłością (łagodną i stanowczą) – d o p ó
t y będziemy dreptać w miejscu, nie angażując wyobraźni wychylonej ku
przyszłości.
Kościół oferuje pokoleniom Dobrą Nowinę. Bóg każdemu człowiekowi daje szansę:
daje sumienie, samoświadomość, wyobraźnię i wolność wyboru. Dlatego warto zostać
„studentem”: badaczem, odkrywcą, pielgrzymem, we wspólnocie współpracujących
pokoleń. Katechetą może być każdy człowiek. Na tych starszych jednak jest
złożona odpowiedzialność większa. Święty Paweł pisze: „Starszych, którzy są
wśród was, proszę ja, również starszy, a przy ty świadek Chrystusowych cierpień
oraz uczestnik tej chwały, która ma się objawić: paście Stado Boże, które jest
przy was, strzegąc go nie pod przymusem, ale z własnej woli, jak Bóg chce; nie
ze względu na niegodziwe zyski, ale z oddaniem; i nie jak ci, którzy ciemiężą
gminy, ale jak żywe przykłady dla stada”.
Naszym zadaniem jest stanąć obok dramatycznie cierpiącego i zagubionego
pokolenia
i próbować otoczyć bolesny czas ich dojrzewania prawdziwą opieką, mądrą
wyobraźnią, znajdowaniem sposobów przekazania im nadziei, miłości i wiary w nich
samych.
Nie potrafiłbym znaleźć dowodów na złe intencje kobiet. Jednak nie mogą one
robić wszystkiego. Nie trzeba oczekiwać od kobiet, aby robiły to, co tak
naprawdę należy jedynie do mężczyzn. Żadna kobieta nie jest w stanie pokazać
młodemu mężczyźnie, jak przyjmuje mężczyzna TAJEMNICĘ WIARY. Jedynie mężczyznę
zechce „podglądać” chłopiec szukający własnej tożsamości - jak się zachowuje
osoba płci męskiej, kiedy decyduje się na myśl oraz przyjmuje intuicję: BÓG
WIERZY WE MNIE. Jedynie mężczyzna będzie wiarygodny, kiedy będzie prezentował
własne – męskie sposoby urzeczywistniania siebie poprzez wyzwanie zawarte w
zdaniu: BYĆ MĘŻCZYZNĄ TO ROBIĆ ZNACZNIE WIĘCEJ NIŻ TO, CO SIĘ CHCE. Jak wielkie
jest owo wyzwanie, może młody mężczyzna prześledzić w losach wspomnianego
Abrahama, Izaaka, Jakuba, Józefa, Mojżesza, Dawida, Salomona, proroków,
apostołów – np. Piotra, Judasza...
Być posłusznym dla chłopca w okresie dorastania równoznaczne bywa z
zaprzeczeniem samemu sobie. Czyż nie najważniejsza jest dla młodego mężczyzny
WOLNOŚĆ. Młody mężczyzna (a przecież hormonalnie w wieku 14 lat jest nim) szuka
swojej przestrzeni. Ugania się on za ryzykiem, za okazją do zademonstrowaniem
własnej niepowtarzalności. Jest ARTYSTĄ. Pragnie być oryginalny. Poszukuje
granic: co jeszcze można – co już nie można. Właśnie w taki sposób odnajduje
własną tożsamość i... „czeka” - na dojrzałość mózgową. Szara masa mózgowa
węchomózgowia (tzw. neocortex) strukturalizuje się około 18 roku życia.
Katecheta wie, albo intuicyjnie wyczuwa, że z młodzieżą męską rozmawia się
inaczej. Najkorzystniej rozmowa przebiega podczas wspólnych DZIAŁAŃ. Utarczki
słowne to nie głupota i podłość młodszego pokolenia. To praca nad własnym
stylem, to uczenie się sposobów porozumiewania się. Aby młodzi porozumiewali się
inaczej niż w domu i na podwórku, potrzebują doświadczenia różnych stylów
wykorzystania bogactwa zasobów słownikowych. Być może najpierw trzeba mówić ich
językiem? Ale tego nie zrobią katechetki. Dysponują inną wrażliwością, innym
słuchem literackim. One potrafią mówić, mówić, mówić – jak to kobiety.
Dyspozycje językowe kobiet są istotnie większe od dyspozycji mózgowych mężczyzn.
One potrafią mówić o uczuciach. Chłopcy potrzebują większej ilości kontaktów i
dłuższego czasu „ćwiczeń” językowych, aby próbować dorównać kobietom. Młodzi
mężczyźni wykorzystują zbitki językowe, „skróty” środowiskowe. Zwłaszcza gdy
chcą powiedzieć coś bardzo ważnego, może im brakować słów i wtedy korzystają ze
skrótowego stylu rówieśniczego. Nie jest to objawem chłodu uczuciowego. Może być
niekiedy objawem wielkiej wrażliwości młodzieńca, któremu brakuje słów, aby
wyrazić niepokój, ból, lęk, niepewność. Któremu dorosłemu mężczyźnie poddanemu
wpływom testosteronu łatwo przychodzi mówienie o takich uczuciach?
Odnoszę wrażenie, iż:
1. Wielkim problemem katechezy i całego systemu edukacji jest brak mężczyzn –
świadków strasznej i fascynującej TAJEMNICY ZAWIERZENIA BOGU ukrytemu we
współczesnym świecie.
2. Wielkim problemem katechezy (szczególnie niedojrzałych osobowościowo kapłanów
jak i wszystkich nauczycieli)) jest trudność spotkania się z drugim człowiekiem
bez sugestii, że ja – Kapłan, Katecheta, Nauczyciel – jestem kimś szczególnym,
kimś, kto nie posiada cienia – ciemnych stron własnego człowieczeństwa.
3. Problemem nauczycieli pozostaje fakt, że jak każdy człowiek, poddany On jest
nieustannym wahaniom nastrojów i uczuć a życie zgodne z przyjętymi zasadami jest
nieustanną serią błędów, grzechów i nawracania się.
4. Problemem Katechetów jest zerwanie z sugestią, że w sprawach TAJEMNICY WIARY
oni są naprawdę kompetentni. (Katecheci mogą być kompetentni w sprawach rytuałów
i reguł jakie proponuje Kościół poprzez nauczanie i tradycję).
5. Nauczycielom brakuje najnowszej wiedzy z zakresu pedagogiki i psychologii
rozwojowej, dzięki której wiemy np. że branie odpowiedzialności i świadomość
konsekwencji własnych wyborów młodzieży męskiej możliwa jest później, niż nam
się wydawało.
6. Katecheci, jak inni nauczyciele ( w takich samych proporcjach) nie korzystają
z języka komunikacji między osobami, w którym omija się blokady komunikacyjne w
postaci: nakazywania, pouczania, moralizowania, filozofowania, oceniania,
interpretowania zachowań itp.
Tych młodszych czeka wolny wybór i proces własnego odkrywania istoty życia w
świecie, w którym Bóg pozostaje TAJEMNICĄ WIARY – MYSTERIUM TREMENDUM et
MYSTERIUM FASCINOSUM.
Proces budowania własnej świadomości, proces budowania osobistej tożsamości
przez katechetów i innych nauczycieli wymaga czasu, w którym dojrzewa intuicja o
przynależnej każdemu człowiekowi odpowiedzialności za jakość swojego życia
pośród wieczności. Tworzenie warunków do przeżycia olśnienia na temat
odpowiedzialności za jakość swego życia – to według mnie istota, rdzeń i sens
aktywności nauczycielskiej, katechetycznej. Natomiast jak wychowanek
urzeczywistniać będzie samego siebie w zadanym mu czasie, jak będzie odnajdował
własną tożsamość – jest tajemnicą osobowego istnienia.
Moim zdaniem ważne jest, aby częściej niż to ma miejsce, rezygnować z myślenia
wynikowego; „ Jeżeli będzie w ten sposób, to będzie dobrze – w inny sposób, to
będzie źle.”
W perspektywie całego życia wzrasta we mnie świadomość, iż wszystko, cokolwiek w
życiu człowieka się zdarza, wszystko cokolwiek osoba wybiera, może być dobre,
może stać się kanwą głębszych przemyśleń i głębszej samoświadomości.
Reorganizujemy siebie, konfrontując się z uczuciami i potrzebami ujawniającymi
przy kolejnych zdarzeniach naszego życia, które w znaczniejszym stopniu, niż
jesteśmy gotowi zakładać, jest NIEPRZEWIDYWALNE. Zdobywanie wewnętrznej
przestrzeni i energii do modyfikowania swoich standardów, wiedząc, że kolejne
zdarzenia staną się „materiałem” kolejnych modyfikacji - oto mój klucz do
usensowniania życia i każdej jego formy, którą mi to życie objawi kolejnymi
wydarzeniami i uczuciami. Usiłowania psychologów dążących do ustalenia, jak być
powinno, mieszczą się w schematach „poprawności psychologicznej”. Natomiast
więcej odpowiedzialności generuje zdanie: „Co chcesz zrobić z uczuciami i
wydarzeniami, których aktualnie doświadczasz?” W każdych warunkach można tym
pytaniem siebie i swoje dzieci mobilizować do uruchomienia sumienia i wyobraźni,
korzystając ze świadomości, iż kolejnym darem jest wolność wyboru.
Kończąc pragnę wyznać, że dla mnie najcenniejszą i najbardziej rozwijającą
relacją była „wstrząsająca” relacja małżeńska (we wszystkich formach, jakie
przyszło nam przeżyć) a potem właśnie ojcostwo. Obie relacje stawały się źródłem
doświadczenia i maksymalnej mocy, i poczucia własnej wartości oraz głębokiego
przeżycia bliskości, przynależności, intymności. Kłamstwem byłoby jednak
przemilczenie faktu, że w tych relacjach przeżyłem również najgłębszy ból,
zwątpienie, poniżenie, odrzucenie i samotność.
• PO PIERWSZE PRZYJACIELE.
• A POZA TYM:
• CHCIEĆ NIEZBYT WIELE.
• WYZWOLIĆ SIĘ Z KULTU MŁODOŚCI.
• CIESZYĆ SIĘ PIĘKNEM.
• NIE DBAĆ O SŁAWĘ.
• WYZBYĆ SIĘ POŻĄDLIWOŚCI.
• NIE MIEĆ PRETENSJI DO ŚWIATA.
• MIERZYĆ SIEBIE SWOJĄ WŁASNĄ MIARĄ.
• ZROZUMIEĆ SWÓJ ŚWIAT.
• NIE POUCZAĆ.
• IŚĆ NA KOMPROMISY ZE SOBĄ I ŚWIATEM.
• GODZIĆ SIĘ NA MIERNOTĘ ŻYCIA.
• NIE SZUKAĆ SZCZĘŚCIA.
• NIE WIERZYĆ W SPRAWIEDLIWOŚĆ ŚWIATA.
• Z ZASADY UFAĆ LUDZIOM.
• NIE SKARŻYĆ SIĘ NA ŻYCIE.
• UNIKAĆ RYGORYZMU I FUNDAMENTALIZMU
Pragnę zainteresować Cię tym, co mnie pasjonuje od dawna: unowocześnianie naszej
szkoły. Uważam, że podstawowym składnikiem nowoczesnej szkoły jest (uwaga!):
szczęśliwy nauczyciel i szczęśliwy uczeń.
Szanuję starania moich kolegów-nauczycieli o to, abyście otrzymali maksimum
wiedzy potrzebnej do wyeliminowania innych kandydatów do najlepszych szkół
wyższych w Polsce i na świecie. Jednocześnie nigdy nie pogodzę się z tym, że
mamy to osiągać kosztem zdrowia psychicznego, pozbawiając się psychicznego
dobrostanu.
Ty i ja wiemy, że szczęśliwi jesteśmy wtedy, kiedy zaangażowani, wykonujemy
ciężką pracę, kiedy bierzemy odpowiedzialność za własne wybory, kiedy
przekraczamy dotychczasowe możliwości. Wtedy ogarnia nas poczucie wewnętrznej
szczęśliwości.
Nienawidzimy przymusu. Wykonywanie zadań pod przymusem - praca niewolnika - nie
satysfakcjonuje nikogo.
Wydaje mi się, że jednym z największych pragnień młodego człowieka jest żyć bez
lęku przed oceną – przed negatywną opinią nauczycieli, przed śmiechem kolegów,
przed własnym nadmiernym krytycyzmem.
Niewątpliwie bardzo ważne jest, aby uczniowie posiadali wiedzę, to jednak tak
samo ważne jest, aby odkrywali radość z wykorzystywania osobistych dyspozycji i
aby zajmowali się szczególnie tymi obszarami wiedzy, które sprawiają im
najwięcej radości.
Chciałbym ugruntowywać w swoich podopiecznych przekonanie, że aby twórczo i
dynamicznie żyć, nie trzeba cierpieć! Przecież wysiłku wkładanego w
rozwiązywanie normalnych, życiowych problemów nie nazwę cierpieniem. Zdobywanie
umiejętności zaspokojenia prawdziwych potrzeb służących życiu, bliskości
uczuciowej, wolności, twórczości i zabawy – niech staje się źródłem wewnętrznej
szczęśliwości.
Pragnę uczyć się z Wami: odpowiedzialności, odwagi, cierpliwości, wytrwałości,
coraz swobodniejszej i mądrej wyobraźni, poczucia humoru, odprężenia i relaksu.
Jestem do Waszej dyspozycji. Lubię rozmawiać, ponieważ lubię i umiem słuchać.
STEFAN CHWIN
„KARTKI Z DZIENNIKA” – fragment (ss.489 – 494)
Tyrania optymizmu
(...) Niepisanym dogmatem szkoły dzisiejszej – szczególnie renomowanych szkół
prywatnych – jest wychowanie do sukcesu. Ma to, oczywiście, swoje uzasadnienie,
bo młodych ludzi należy mobilizować do nauki, jak się da. Tyle tylko że w każdej
klasie na dwudziestu pięciu uczniów sukces odniesie dwóch albo trzech. Wystarczy
rzut oka: tych, którzy już w punkcie wyjścia na sukces raczej skazani nie są,
jest zwykle jakieś trzy czwarte.
Podsycanie w takich warunkach ambicji, czyli żądzy sukcesu, wygląda na mimowolny
sadyzm. „Dajcie z siebie wszystko, a wcześniej czy później znajdziecie się
topie!” – takie rzeczy wmawia się młodym ludziom. Tymczasem wbrew mitowi
pucybuta-milionera, w społeczeństwie wolnorynkowym sukcesami realiami małż
zależy od jednostki w pewnym tylko stopniu. Rynek pracy kurczy się, a nie
rozszerza (m.in. na skutek gwałtownego rozwoju nowoczesnych technologii).
Większość „dobrych miejsc” jest już zajęta i będzie zajęta w przyszłości. Spora
część młodych ludzi, którzy teraz uczą się i studiują, pójdzie na zasiłek
socjalny albo do końca życia będzie żyć z nieciekawych zajęć, tak jak większość
mieszkańców Ziemi, którzy – nietrudno zauważyć – ledwo wiążą koniec z końcem.
Ale nie chodzi tylko o sukces zawodowy. Większość młodych ludzi, którym wmawia
się teraz, że jak się postarają, to wszystko będzie okay, będzie miała też
raczej częściowo tylko udane życie osobiste. Mówić im, że jeśli postarają się,
wszystko pójdzie świetnie także w tej sferze, to tworzyć miraże, które wcześniej
czy później rozwieją się choćby w zderzeniu czołowym z twardymi realiami
małżeństwa. (...)
Kultura nastawiona na „edukację dla sukcesu” uczy żyć w kłamstwie. Zmusza do
ciągłego udawania człowieka sukcesu, zmusza do wstydu z życia niespełnionego. To
właśnie dlatego szkoła, każda szkoła – nawet ta najbardziej bezstresowa i
przyjazna młodym ludziom – jest znienawidzona przez uczniów, bo odbywa się w
niej pierwsza selekcja. Oddzielanie tych, którzy mają szansę na sukces, od tych,
którzy takiej szansy raczej nie mają.
Do czego należałoby przygotować młodego człowieka na początku życiowej drogi?
Ach – mówimy – wystrzegajmy się myśli o niedobrych rzeczach, które mogą go
spotkać.
A przecież on – tak jak my wszyscy – na pewno w jakiejś chwili życia zostanie
zdradzony przez kogoś, kogo będzie kochał, oszukany przez kogoś, komu będzie
ufał, poniżony przez kogoś, przed kim się otworzy, odepchnięty, wyrzucony z
pracy, upokorzony, boleśnie zraniony i będzie musiał się z tego wszystkiego
jakoś podnieść. Częściowo udane małżeństwo, częściowo udane dzieci, częściowo
udany dom... Jaki dar należałoby mu przekazać, żeby z tego wszystkiego wyszedł
cało?
Powie ktoś: Jak można zakładać z góry, że życie nie będzie udane! Cóż za
defetyzm! – Ależ niczego nie trzeba zakładać. Przecież wszyscy dobrze wiemy, jak
to jest. Wystarczy posłuchać, co mówią ludzie na przyjęciach o piątej nad ranem,
gdy zbliża się szary świt a w butelkach kończy alkohol, to znaczy, kiedy maski
spadają z twarzy. Ileż to każdy z nas nasłuchał się w takich chwilach! Bogaty
biznesmen nagle zaczyna wyznawać, że przegrał życie, bo nie został pisarzem.
Pisarz zaczyna się zwierzać, że przegrał życie, bo nie ma „konkretnego zawodu”.
Roześmiana właścicielka banku zalewa się łzami, bo mąż od miesięcy nie chce z
nią spać. Burmistrz stutysięcznego miasta, absolwent Oxfordu, bełkocze, że jego
ukochany syn bierze heroinę i nie chce chodzić do żadnej szkoły. Dziennikarz
udręcza się, że nie może napisać powieści. Filmowiec wstydzi się, że nie został
inżynierem od silników samochodowych. Prawdziwy seans prawdy, poranna parada
upiorów, o której nazajutrz wszyscy chcą zapomnieć na wieki. I dzieje się tak
nie tylko w Dusseldorfie, Warszawie i Pradze, lecz także w Sztokholmie, Paryżu,
Moskwie, Budapeszcie.
Wielkim błędem współczesnego modelu wychowawczego jest tyrania optymizmu,
tyrania udawania, że wszystko będzie okay – tylko starajcie się i uczcie pilnie!
Prawdziwa komedia ludzka... Masz odnosić sukcesy! – żądają od ucznia rodzice,
którzy sami sukcesów nie odnoszą. Masz odnosić sukcesy! – żądają od ucznia
nauczyciele, rozwiedzeni, samotni, sfrustrowani, bez forsy, złamani, upokarzani
przez rodziców (którzy płacą, więc żądają...) i dyrektorów (na szczęście nie
wszystkich...), którzy żelazną ręką muszą walczyć o dochody szkoły. I widmo
sukcesu unosi się nad dzisiejszą szkołą jak uśmiechnięty wampir. Wartość szkoły
mierzy się dziś ilością absolwentów, którzy dostali się na studia do
renomowanych uczelni, wysoko notowanych w rankingach, to znaczy weszli do
wąskiego grona lepszych, którym się udało. Reszta, która do tego grona nie
weszła, jest traktowana przez szkołę jako wstydliwy balast, którego należy się
jak najszybciej pozbyć.
Wszystko to rodzi w młodych ludziach frustrację i agresję, bo większość z tak
podsycanych nadziei nigdy nie zostanie spełniona. Nawet najlepsi mogą przegrać.
Mit dobrej edukacji, gwarantującej jakoby pewne na sto procent powodzenie w
życiu, jest, niestety, tylko jednym z krzepiących złudzeń, którymi karmimy nasze
dusze. Wykształcenie nie gwarantuje niczego, choć dzisiaj panicznie chcemy
wierzyć, że jest ono kluczem do szczęścia naszych dzieci. Tymczasem ono czasem
takim kluczem jest, a czasem nie jest, bo nawet jeśli ktoś ma świetny dyplom, a
nie ma fartu, to i tak wszystko na nic.
Nauczyciel – to przekonanie wydaje się dość powszechne – jest od tego, by
dziecko nie przegrało nigdy. Energiczny, przyjazny, uśmiechnięty, mobilizujący
do wspinania się wzwyż, ma nauczyć dziecko, jak w życiu zwyciężać, to znaczy
eliminować kolegów na rynku pracy. Ma zrobić z niego skutecznego wojownika.
Zamyka się błędne koło wymuszeń i kłamstw, bo wielu spośród uczniów dobrze wie,
że takimi wojownikami nie będą nigdy.
Dzisiaj uczennica dowiaduje się w szkole, co to są stawonogi, czym jest ameba i
kim był Goethe, ale czy dowiaduje się też – co jest, ośmielę się twierdzić,
wiedzą dużo poważniejszą – jak żyć w nieudanym związku z mężczyzną, z którego to
związku wiele kobiet nie potrafi się wyplątać? Młody człowiek po paru latach
szkolnej edukacji wie dość dokładnie, kto to był Karol Wielki oraz co Niemcy
zawdzięczają Ludwigowi Erhardowi, ale czy będzie wiedział, jak sobie poradzić z
synem, który nie będzie go kochać? Czy szczegółowa wiedza o amperach i prawie
Archimedesa powie mu, jak sobie poradzić w chwili, gdy go porzuci ktoś bliski?
Oczywiście, zastąpienie „edukacji dla sukcesu” przez „edukację dla klęski” (czy
dla wegetacji) byłoby absurdalne i nie o takiej edukacji myślę.
Z pewnością uczniowie powinni w szkole poznawać teksty i dzieła sztuki
wzmacniające w nich energię, wolę działania, ambicję i żądzę sukcesu. Ale dla
równowagi mogliby czasem uważnie przeczytać i przedyskutować, także choćby pewną
mądrą powieść o niezbyt szczęśliwej francuskiej żonie żyjącej na prowincji,
nijakiej pani Bovary, z której to powieści dowiedzieliby się niejednego o
psychologii kobiecego niespełnienia. Niech też pooglądają sobie trochę filmów, z
których mogliby się dowiedzieć na przykład o tym, na czym polegają trudności w
związkach partnerskich, jakie kłopoty psychologiczne pojawiają się w relacjach
między matką i córką, jak rodzi się kryzys przyjaźni między ojcem i synem.
Bo człowiek może jakoś się spełnić także w życiu niespełnionym, to znaczy w
niedobrych sytuacjach, o których tu myślę, rzecz tylko w tym, by go jakoś
przygotować do takich prób, to znaczy obdarzyć głębszą wiedzą o tym –
przepraszam za przykry paradoks – jak żyć względnie szczęśliwie i mądrze w
nieszczęściu. Być może wiedza taka pomoże zapobiec najgorszemu, to znaczy
naturalnej skłonności do ucieczki przed prawdziwymi trudnościami, jakich nie
szczędzi nam życie osobiste i zawodowe.
Czy taka idea równowagi celów edukacji zostanie przez szkołę przyjęta – oto
pytanie. Bo przecież wciąż uważamy za oczywiste, że szkoła ma być przede
wszystkim producentem karier. Poza tym, czy uczniowie, faszerowani od
niemowlęctwa mitologią sukcesu, będą chcieli na lekcjach wspólnie z nauczycielem
rozmawiać o prawdziwym życiu, jakie ich czeka? A rodzice? Czy będą chcieli (za
grube pieniądze) posyłać swoje dzieci do szkoły, która będzie je przygotowywać
nie tylko do walki o sukces, lecz i do życia bez sukcesu? Pewnie będą chcieli
nie za bardzo i przyznam, że wcale się im nie dziwię.
Ja jednak przynajmniej będę miał choćby tę małą satysfakcję, że napisałem to, co
powinienem napisać, chociaż wiem, że to nie zgadza się zupełnie z duchem
obecnego czasu.” (...)
|